Strony

19 lip 2016

Kto straszy, Albercie ?


Seria o Albercie to w naszym domu świeża sprawa. Wszyscy zdaje się znają już Alberta i kochają go (no zasadniczo chyba nie da się go nie uwielbiać), ba co poniektórzy to nawet już powoli z niego wyrastają.
W nasze skromne progi ten niecodzienny ale za razem jakże zwyczajny gość, właśnie wstępuje i czuje w kościach, że będzie bawił coraz częściej. Do tej pory mamy w posiadaniu jeden tytuł, który opisywałam TUTAJ. Książkę bardzo polubiliśmy, jednak problem tam poruszany (pod tytułem: nie bawię się z dziewczynami) nie dotyczył nas bezpośrednio, więc utożsamienie się z bohaterem nie było silne.
Inaczej sprawa się przedstawia jeżeli chodzi o dzisiejszy tytuł. Książki o Albercie Albertsonie cieszą się ogromną sławą i nie dziwi to, gdyż napisane z dziecięcego punktu widzenia poruszają problemy, które dzieci chcą poruszać i potrzebują tego. Tematy trudne, tematy niewygodne, tematy które wzbudzają skrajne emocje.
Dziś będzie króciutko o strachach. Każde dziecko je ma, każde boi się czego innego, Wojtek (choć coraz mniej) ciemności natomiast Ala Bazyliszka. W dodatku przychodzą straszki przejściowe, które pochodzą z bajek czy to czytanych, czy też oglądanych (choć bardzo selekcjonuje oglądany materiał, ostatnio mnie podkusiło puścić Muminki, działo się, oj działo). 
Strachy i lęki to nieodłączny kompan czasów dzieciństwa i nie inaczej ma się sprawa z naszym dzisiejszym bohaterem, Albertem. Albert boi się duchów, no fakt jest się czego bać. Z natury niematerialne, mogą się pojawić kiedy tylko zechcą i gdzie im się spodoba. Co prawda Albert doskonale wie, że duchy nie istnieją, ale... czasem o tym po prostu zapomina.



Z pomocą przychodzi tata, który dobrze wie jak to jest z tymi duchami i co lepsze zna na nie niezawodny sposób. I tu mała dygresja, gdybym ja wiedziała wcześniej o istnieniu tej książki, o ile strachów mniej byłoby w naszym domu. Tata uczy swojego synka rymowanki która działa zawsze i idąc za ciosem posyła swojego synka do piwnicy po pompkę do roweru. No to się dopiero nazywa rodzicielskie podejście, nie ugłaskać a wysłać dziecko w samą paszczę lwa. Z moimi dziećmi by to nie przeszło, choć i my zawsze stawiamy czoła wyzwaniom, to czynimy to odrobinę delikatniej. Ale Albert jest dzielny, no przynajmniej stara się być ze wszystkich sił. Z pewnością wsparcie taty i fakt, że on nie traktuje tych całych strachów na lachy w sposób wyjątkowy z pewnością podtrzymuje chłopca na duchu. Jednak wyobraźnia robi swoje...
Będzie odrobinę strasznie, tajemniczo a nawet zaskakująco. Jednak nic więcej zdradzić nie mogę bo spoilerować taką książkę byłoby grzechem. Nie brakuje oczywiście zabawnych momentów, rozładowujących wszelkie elementy napięcia i dostrzec bezpodstawność wszelkich tego typu strachów i lęków. Wierszyk wymyślony przez tatusia Albertowego zapadł Wojtkowi na stałe w pamięć więc kiedy ogarnia go jakaś obawa, powtarza go najpierw cicho pod nosem a potem coraz głośniej i stawia czoła np wejściu do ciemnego pokoju, choćby po to by zapalić światło. Co ważne każde takie przełamanie, pociąga za sobą kolejne i wszystko umniejsza w oczach dzieciaczków a w końcu miejmy nadzieje pozostanie tylko zacierającym się wspomnieniem.




Gunilla Bergström podsuwa prosty sposób na trudny lęk. Nie bagatelizuje sprawy tylko pokazuje jak chwycić byka za rogi i nie schować głowy pod poduszkę. Pomysł może się sprawdzić lub nie, zależy od dziecka. Nie mniej jednak poradzenie sobie z lekiem z pewnością nie jest obojętne żadnemu maluchowi, a rodzic dobrze znający własne dziecko, może na bazie książki wymyślić coś, co sprawdzi się przy danym maluchu i co będzie najlepszym antidotum. 


Kto straszy, Albercie?
tekst:Gunilla Bergström
ilustracje:Gunilla Bergström
wiek 3+
wymiary: 17 x 23,5 cm
oprawa: twarda
liczba stron: 32

1 komentarz:

  1. Bardzo fajna recenzja, a corcia jak pięknie pozuje :-) tematyka książki zainteresowała mnie Monika Flok

    OdpowiedzUsuń


Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.